Tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny są często używane bezkrytycznie

Bruce J. Hillman i wsp – The Uncritical Use of High-Tech Medical Imaging LINK: N Engl J Med 2010;363:4

Na łamach New England Journal of Medicine ukazał się komentarz Hillmana i wsp. poświęcony problemowi nadużywania nowoczesnych metod diagnostyki obrazowej, takich jak tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny czy pozytronowa tomografia emisyjna. Problem jest znaczący nie tylko z klinicznego ale także z ekonomicznego punktu widzenia, bowiem jak zauważa autor komentarza, w USA ze wszystkich lekarskich wydatków finansowanych przez Medicare najszybciej rosły w ostatnich latach koszty obrazowania, znacznie przekraczając ogólny wzrost cen usług zdrowotnych. Dzieje się tak pomimo powszechnego przekonania, że istotna część z badań wykonywana jest niepotrzebnie i nie przyczynia się w istotny sposób do poprawy opieki nad chorymi.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele.  Po pierwsze brak jest systematycznych analiz potwierdzających użyteczność wykonywania badań obrazowych z poszczególnych wskazań (w praktyce chorzy często kierowani są z „przyzwyczajenia”). Nierzadko pacjenci, zwiedzeni informacjami zamieszczonymi w prasie popularnej, wywierają naciski na lekarzy, aby kierowali ich na badania nawet  jeżeli prawdopodobieństwo, że uzyskany wynik przyniesie istotne informacje, jest niewielkie. Bywa, że chęć pacjentów splata się z interesami lekarzy, którzy zakupili odpowiedni sprzęt i kierują pacjentów  do własnych prywatnych pracowni diagnostycznych. Innym powodem kierowania na wszystkie możliwe badania jest obawa przed odpowiedzialnością prawną w przypadku nierozpoznania poważnej choroby, nawet jeśli nie jest ona zbyt prawdopodobna. Powodem jest duża liczba procesów w przypadku niepostawienia rozpoznania i mała w przypadku nadużycia testów diagnostycznych.  Dodatkowo większość ludzi, w tym i lekarze, ma tendencje do przeceniania wielkości zagrożenia, zwłaszcza jeśli konsekwencje mogą być poważne. Jak pokazało badanie lekarzy w Massachusetts, tego rodzaju obronne praktyki decydują o niemal jednej trzeciej (28%) skierowań na badania obrazowe.  Innym powodem jest kształcenie studentów i lekarzy w ośrodkach akademickich, w których sposób postępowania jest inny ze względu na odmienną populację chorych (wyższe prawdopodobieństwo występowania rzadszych jednostek chorobowych). Bezkrytyczne przenoszenie schematów postępowania do opieki podstawowej, gdzie częstość występowania rzadkich jednostek chorobowych jest mniejsza, powoduje wzrost kosztów i naraża na potencjalne szkody związane z niepotrzebnym obrazowaniem radiologicznym. Największe z nich to konieczność wykonywania kolejnych badań w związku z niepewnymi wynikami poprzednich i niewłaściwe leczenie związane z błędnym rozpoznaniem.

Co zatem robić? Zdaniem Hillmana uporządkowania wymaga cały system. Należy zacząć od szkół medycznych, jak bowiem pokazują dane z roku 2009, tylko w co piątej uczelni obowiązuje osobny kurs z radiologii. Zmiany wymaga także sposób nauczania – zamiast uczyć interpretacji badań obrazowych należy uczyć właściwych wskazań do ich wykonywania i konsultacji z radiologiem.

Opracowane na podstawie: NEJM / 1 lipca 2010
Magdalena Lipczyńska